Twardy orzech do zgryzienia

Twardy orzech do zgryzienia

Mamy cygańskie dziecko. Każdy nam to mówi.

Gdzie się nie pojawimy, tam po godzinie obserwacji ludzi i przestrzeni, zaczyna zachowywać się jak u siebie. Wpada do kuchni i pilnuje czy obiad będzie na czas. Każdy kot, to jego kot, i musi się z nim bawić, czy tego chce, czy nie. Razem z Dżejdżej (przyjmijmy, że na potrzeby bloga tak będę nazywał swoją narzeczoną) czasami korzystamy z tego faktu i zostawiamy go na noc raz u jednej, raz u drugiej babci. Ktoś pomyśli, że podrzucamy własne dziecko, ale przecież Ziombel jest szczęśliwy, dziadki rzygają tęczą, a my możemy raz na jakiś czas zatańczyć tango. WIN – WIN – WIN.

Dzisiaj małolat miał dzień pełen wrażeń. Najpierw rano próbował uwolnić się spod mojej ręki, która w przypływie snu o skoku na bungee, wylądowała prosto na jego twarzy. Wczoraj cieszyłem się, że ma już trzynaście ząbków. Tego dnia zmieniłem zdanie.

Na dziesiątą jechaliśmy na szczepienie. Wszystko poszło gładko, jedynie informacja, że jest zbyt dużym obżarciuchem trochę nas zaniepokoiła. Pani doktor powiedziała, że trzeba ograniczyć mu ilość jedzenia i wszystko powinno być w porządku. Ta, w porządku. Gdyby to ona była jego matką i nie dałaby mu jeść, to uzyskałaby darmową ekstrakcję zębów, a młody błękitną kartę.

Zanim zdążyliśmy go ubrać, przebiegł tyle, ile zdołał, zajrzał wszędzie, gdzie mógł i rozśmieszył tyle osób, ile się dało. Doktor machała mu na ” do widzenia”, ale ten uparcie nigdy nie chciał tego gestu odwzajemnić. Zawsze, gdy od kogoś wychodzimy, czekamy aż spróbuje. Potem sami chwytamy go za rączkę i machamy.

Dziwne, do tej pory wydawało mi się to całkiem fajne, ale teraz jak to piszę… chyba jestem kolejnym odmóżdżonym rodzicem.

Synek miał nocować u mamy Dżejdżej, ale wcześniej musieliśmy spotkać się z ekspertem od zadłużania się na całe życie, więc podrzuciliśmy go do moich rodziców. Gdy po niego wróciliśmy i mieliśmy go zabrać, oczywiście się skasztanił, jak to zwykle przed wyjściem (tutaj moja rada: jeśli dziecko nie może zrobić kupy, po prostu zacznij zakładać mu kurtkę). Dziadek w międzyczasie podkablował, że młody za obiekt zabawy wybrał miskę z orzechami włoskimi i porozrzucał je po całym mieszkaniu. Synek nie powiedział nic na swoje usprawiedliwienie – pewnie dlatego, że jeszcze nie mówi, ale to tylko moje domysły. Przebrany i wciśnięty w zimowy outfit, został przez nas puszczony samopas na podwórko. Mieliśmy kilkanaście metrów do samochodu, więc daliśmy mu trochę pobiegać. I było tak jak zwykle: biegał, śmiał się do rozpuku i szedł wszędzie, tylko nie w stronę samochodu. 

Dotarłszy do drugiej babci odkryliśmy, że coś było nie tak. Młody niby stał, ale gdy tylko próbował zrobić krok, nagle upadał i zanosił się płaczem. Pomyślałem, że może stopy tak mu urosły i zwyczajnie jego buty zimowe zaczęły być przyciasne. No ale przecież pół godziny temu biegał po śniegu jak oszalały. No nic, zdejmuję i oczom nie wierzę. W środku lewego buta znajdował się zwyczajny, dorodny, nieco przetarty, ale wciąż zdatny do spożycia orzech włoski. Najpierw wybuchnąłem śmiechem, tak jak wszyscy, ale potem powoli zacząłem coś sobie uświadamiać. Przecież to ja zakładałem mu te buty, co ze mnie za ojciec…ale przecież chodził normalnie, może był trochę głośniejszy, ale że nic nie powiedział? (nie potrafi mówić idioto!).

Na dokładkę, gdy z Dżejdżej staliśmy już gotowi do wyjścia w drzwiach i mieliśmy się żegnać, nasz synek pierwszy raz pomachał na pożegnanie. Nie machał z nami, nie machał komuś innemu, machał nam. 

Chyba serio się wkurzył za tego orzecha i chciał, żebyśmy sobie poszli.

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry